Wybrałem się wczoraj ze znajomą do kina na The Social Network.
Nie czytałem wcześniej żadnych recenzji, by samodzielne wydać opinię o filmie, ale nie mogłem uniknąć zapoznania się z opiniami moich znajomych. Były one skrajnie różne, choć większości obraz Fishera bardzo się podobał.
Po raz pierwszy uśmiechnąłem się w duchu, gdy zobaczyłem scenę powrotu głównego bohatera do akademika – plecak rzucony w kąt, szybkie odpalenie komputera i wyprawa do lodówki po coś do picia. Zupełnie jak ja :)
Potem poczułem się zaniepokojony. Mark Zuckerberg zaczął jawić mi się jako kompletnie aspołeczna jednostka. Sposób, w jaki traktuje swoją dziewczynę, przyjaciela, potencjalnych partnerów biznesowych… Jak ten Zuckerberg ma się do człowieka, który wykazał tak wielkie zrozumienie dla ludzkiej potrzeby interakcji i budowania sieci społecznej?
Czy jest możliwe, by ten sam człowiek, który stworzył narzędzie wykorzystywane przez pół miliarda osób na świecie, nie był w stanie zastosować idei leżących u jego podstawy dla własnych celów? Nasuwa się tu porównanie do ucznia, który błyskotliwie rozwiązał zadanie na szóstkę, ale nie jest sobie w stanie poradzić z dużo prostszym przykładem.
Film jako taki to kawał dobrej roboty. Podobały mi się zwłaszcza kreacje braci Winklevoss, ambitnych gentlemanów z Harvardu, którzy oskarżyli Zuckerberga o kradzież ich pomysłu na serwis społecznościowy. Doceniam także sceny ukazujące stopniowe zmiany w organizacji Facebooka (szczególnie tę o statusie związku :)).
Możecie dołączyć moją opinię do tych zalecających obejrzenie filmu. Mogą się nim cieszyć wszyscy, nawet Ci, którzy nie sprawdzają Facebooka 5 razy dziennie (jak jedna z bohaterek epizodycznych). Z pewnością da każdemu sporo do myślenia.
Ocena: 8/10.





