Bardzo miło spędziłem ostatnią niedzielę: zabrałem się w końcu za wypisywanie kartek świątecznych.
To mój ulubiony świąteczny obowiązek. Kartki kupuję na stoiskach akcji UNICEF na Gwiazdkę, które każdego grudnia rozstawia u mnie na wydziale i ELSA Warszawa, i Samorząd Studentów. Z roku na rok drożeją, ale mówię sobie, że skoro robię to tak rzadko, to mnie na taki gest stać. Poza tym mają jedną, niezaprzeczalną zaletę: są puste w środku. Mogę tam wpisać, co tylko chcę.
Potem, któregoś wolnego dnia, siadam sobie w fotelu, słucham muzyki i z notesem w ręce zabieram się za obmyślanie życzeń. Mogę tam wpisać, co tylko chcę, nieograniczany wyobraźnią producenta (którego pomysły nijak nie mogą się równać z perełkami Toma Hansena z (500) Days of Summer).
Następnie przepisuję teksty na właściwe kartki, pakuję je do kopert (zawsze sprawdzam dwa razy, czy właściwa tkwi we właściwej), a te odkładam na półkę; zabiorę je stamtąd, kiedy będę szedł na pocztę kupić znaczki.
Ciekawe, czy dojdą na czas.
