To pierwsza z cyklu dziewięciu opowieści głównych bohaterów Kronik Akadii- tworzonej przeze mnie książki. Wyobraźcie sobie głęboką, letnią noc, trzaskające w ognisku gałęzie oraz człowieka i orka siedzących przy nich. Ork odstawia na bok kubek i zaczyna mówić.

– Nazywam się Raz Volungry Tatadce i jestem posłem pełnomocnym Trwostwa Orkowego.
Nasz trwog, Del Caaq Zytewaldce, wysłał mnie z pewną misją. Moim zadaniem było nakłonienie krasnoludzkiego dyktatora do zakończenia sojuszu wojskowego, jaki zawarły nasze kraje na początku wojny. Trwog chciał, aby wszystko odbyło się legalnie.
Wsiadłem więc na wóz pewnego kupca, który wiózł zboże do Sacholinu. Dowiózł mnie aż do granicy sacholińsko-akadzkiej i tam, na pożegnanie, obdarował mnie pierścieniem Międzynarodowej Ligi Kupieckiej. Osoby pozostające pod jej opieką mogą korzystać z wszelakich zasobów Ligi za okazaniem rzeczonego pierścionka.

Nie korzystałem z tego pierścionka; nigdy nie lubiłem otrzymywać niczego tylko przez wzgląd na moje stanowisko, nazwisko czy wykształcenie. Albo pomagasz mi, bo potrafię myśleć, mówić i milczeć, albo nie pomagasz mi wcale. Sądzę, że zgodzi się pan ze mną.
W czasie swojej podróży zahaczyłem o stolicę. Obejrzałem sobie waszą świątynię tulearystów; natknąłem się także na dom zamieszkany przez orków. Przyjęli mnie gościnnie i pozwolili mi odprawić w piwnicy obrzędy (musicie bowiem wiedzieć, że wszelakie nasze rytuały czynione być muszą pod powierzchnią ziemi). Zabawiłem u nich dwa dni, po czym ruszyłem w dalszą drogę.
W końcu udało mi się dotrzeć do kraju krasnoludów.

Czy był pan kiedyś w Krasnoludii? Tak sądziłem. Ja też nie, uczyłem się tylko języka i alfabetu. I wie pan, jakie było pierwsze słowo w krasnoludzkim, jakie spotkałem? To było „dzieło” nieletniego krasnoluda; wyskrobał na kamieniu (w krajance i krasnoludzkim, zmyślny szczeniak!) napis o następującej treści: „Precz z orkami, khoudosynami!”. Strzeliłem go w ucho; ryknął niesamowitym głosem. Z pobliskiej chaty wychynął jego ojczulek. Zapytałem go, czemu uczy dziecko postrzegania orków jako stwory chaosu? Ponieważ chciał mi odpowiedzieć z pomocą toporka, ruszyłem dalej.

Krasnoludia to może jedyny na świecie kraj, którego mieszkańcy czują niechęć do życia w grupie. Dziwię się doprawdy, jak doszło do pobudowania ich obu stolic. Powiadasz pan, że to grody jeszcze z czasów królów akadzkich? Cóż… ale napawa mnie zdumieniem, jak może tam mieszkać jakikolwiek krasnolud. Nie wiem, czy to tylko wpływ pandoryzacji, czy coś ich tam trzyma.
Wędrowałem więc po kraju, nigdy nie spotykając naraz więcej niż trzech krasnoludów.

Któregoś pochmurnego dnia szedłem wyschniętą łąką, kiedy zobaczyłem coś dużego, o dość regularnym kształcie. Przyspieszyłem kroku i dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że to jakaś budowla.
Wyglądała jak sześcian wykonany z kamienia; a zarazem jak klocek, porzucony w zabawie przez dziecko. Nie wiedziałem jeszcze, jakie jest przeznaczenie tej budowli.

Nagle nie wiadomo skąd wychynął jakiś wysoki krasnolud i przemówił do mnie tymi słowy:
– Wy kto?!
– Raz Volungry Tatadce, poseł pełnom…
– Co z waszą gębą? Staroświniąście czy orkiem?
– Jestem posłem Trwostwa – powiedziałem, prostując się dumnie.
– Ork? – upewnił się, po czym wrzasnął coś w swoim wewnętrznym żargonie.
Z kamiennego sześcianu wyszło jeszcze dziesięcioro krasnoluda, którzy otoczyli mnie kołem.
– Orkiemście, tak? Zdrajcą przeklętym, w plecy miecz wbijającym, sojusze depczącym, potęgi lekceważącym?
– Nie, jestem posłem…
– A bądźcie sobie i nadpachołkiem swego księcia pana! Najważniejsze, żeś ork. Pójdziesz z nami. Naczelnik chce z tobą mówić.
Musiałem iść.

Otworzyli przede mną wiele drzwi, ale dopiero za ostatnimi zostawili mnie samego.
Znalazłem się w niedużej komnacie. Jej wyposażeniem było biurko, zarzucone papierami, mapa Krasnoludii na ścianie, jakiś pergamin zapisany alfabetem krasnoludzkim i portret jakiegoś postawnego krasnoluda.
Drzwi zaskrzypiały i wszedł ten, który pozował do portertu: potężne krasnoludzisko, jeszcze większe jak ja, z zadbaną brodą i w, krasnoludzką modą, hełmie na głowie. Ubrany w spodnie i kolczugę włożoną na dwie przybrudzone koszule. Gestem kazał mi usiąść w fotelu przed biurkiem; on też usiadł, po czym utkwił wzrok w mapie Krasnoludii i powiedział, a raczej zadeklamował:
– „Tam, gdzie stolica i władca nasz blisko,
Stoi forteca. Surowa, sześcienna, murami wzniosłymi
Niczym tama przed powodzią, broni nas przed zgubą.
W głębi kazamaty, lochy i otchłanie, po kres ostatni
Wypełnione: wróg, zdrajca, przeciwnik, złoczyńca,
Akad, Staroświn, kto jest przeciw nam,
Utonie w mrokach Tanderhammu…”
Dhulit Kweye, poeta współczesny. A kim ty jesteś?
– Posłem pełnomocnym Trwostwa Orkowego. Moje imię to Raz Volungry Tatadce. – powiedziałem zrezygnowany i przygnębiony niską jakością „poezji”.
– Dobrze. Czyli ork. Ja jestem Grond Mineralit, naczelnik Twierdzy Tanderhamm, krasnolud.
– Twierdzy czy więzienia? – zapytałem, ośmielony nieco łaskawością tonu Mineralita.
– Gdy taka potrzeba, może być jednym lub drugim albo jednym i drugim. Dla ciebie będzie więzieniem.
– Ale za co zostałem uwięziony? Jestem posłem, nie zrobiłem nic złego, miałem zamiar przedostać się do waszej stolicy. O co więc chodzi?
– Ani o twoje poselstwo, ani o twoje czyny, ani o twoje plany. Chodzi o twoją nację. Orkowie wbili nam nóż w plecy.
Podał mi kawał pergaminu, który mówił mniej więcej tak:
„Pierwszy Sztygar Państwa Krasnoludzkiego, Kornum dela Fort, ogłasza, co następuje.
Orkowie jako nacja mają być wygubieni, ponieważ haniebną postawą w bitwie z nelfami udowodnili, że nie zasługują na miano sojuszników. Nie jest bowiem naszym sojusznikiem ten, który nie dostarcza umówionego wojska i w ten sposób lekce sobie waży postanowienia najwyższego szczebla, przez co należy rozumieć spotkanie posłów pełnomocnych obu nacji, reprezentujących wolę swoich władców, na którym zadecydowano o ustanowieniu sojuszu między Państwem Krasnoludzkim a Trwostwem Orkowym. Poseł nasz, zgodnie z prawem naszym, nakłonił posła Trwostwa do złożenia przysięgi na osobisty topór posła naszego. Nie dostarczając zatem wojska, orkowie okryli się hańbą, łamiąc rzeczoną przysięgę i narazili na szwank imię Państwa Krasnoludzkiego. Wyrok brzmi: wygubić.”

– Ten dokument – powiedział naczelnik – dostarczono nam przed dwoma miesiącami, gdy dowiedzieliśmy się o wyniku bitwy z nelfami. Kiedy wyruszyłeś ze swego państwa, wiedziałeś o zdradzie?
– Nic mi nie było o tym wiadomo.
– Kłamiesz. Musiałeś o tym wiedzieć, choćby nawet w chwili wysłania cię z misją. Co powiedział ci twój władca?
– Obowiązuje mnie tajemnica; o szczegółach mogę mówić jedynie z posłem-reprezentantem Krasnoludii lub kimś równym albo wyższym stopniem.
– Ta twierdza jest pod moją całkowitą kontrolą; istnieje tylko dzięki mnie; jest bardzo potrzebna mojemu państwu. Dlatego Kornum dela Fort dał mi wolną rękę i wszystkie pełnomocnictwa. Gdybym zechciał, mógłbym nawet osobiście koronować nowego władcę Burii, Urii czy Durii. Sądzisz, że nie mam papieru poselsko-reprezentacyjnego?
Sięgnął do biurka; po chwili podał mi dokument, zgodny z traktatem z Krki (tam ustalono standardy dyplomatyczne), z którego wynikało, że rzeczywiście Grond Mineralit jest posłem-reprezentantem. I może mnie zapytać, o co zechce.

Powiedział, że skorzysta z tego prawa, ale później. Zadzwonił na kilku podręcznych, którzy odprowadzili mnie do pustego lochu, który miał tylko jedną zaletę. Miał małe okno i kratę w nim.
Może zastanawia pana, dlaczego ucieszyło mnie małe okienko z kratą. A wiesz pan, jak wygląda sztandar Trwostwa? Jest prostokątny, a jego przekątne są czarne i grube; dzielą one prostokąt na cztery części, z których górna i lewa są niebieskie, a dolna i prawa – zielone. Wygląda to trochę jak świat, oglądany przez kratę, prawda? Nasze legendy mówią, że taki pomysł na sztandar przyszedł do głowy trwogowi Azaowi Hyfodce, gdy został osadzony w praświniorskim więzieniu, w Taur-et-Gondor.
Okienko przypomniało mi więc sztandar mojej ojczyzny. Ale przypomniało także, dlaczego jest właśnie taki. Dlaczego nie wybrano symbolu potęgi, ale uwięzienia?

Bo my wciąż jesteśmy uwięzieni. Cały naród orków. Mamy własne państwo, mamy władcę uznanego na arenie międzynarodowej, mamy własną walutę i korzystny układ handlowy z Minorem. Ale wciąż jesteśmy uwięzieni. W naszych głowach są takie same kraty, jak na sztandarze. I nie pojawiły się one dziś, ani wczoraj. One są w nas od początku naszej historii. Od naszego przybycia do waszego świata, a nawet dawniej. Chcieliśmy jak największego państwa, bo sądziliśmy, że na swobodzie kraty popękają. To ta myśl, a nie nielegalnie hodowane ziele bojowe sprawiła, że doszliśmy aż do naszych dzisiejszych granic. Ale to nie pomogło. Ani duże państwo, ani to, że naszego trwoga koronowano na cesarza Praświniorów. Powinniśmy być wdzięczni temu Praświniorowi, który uśmiercił trwoga-cesarza w dniu jego koronacji; strącił nas z miejsca, które nie było nam tak naprawdę potrzebne. Ja osobiście jestem mu wdzięczny.
Tak, wiem, że na zewnątrz to może wyglądać dobrze: państwo, trwog, waluta i tak dalej. Ale w środku jak w Tanderhammie: każdy ma swoją celę, zamykaną od środka. Dlatego nikt nam nie może pomóc: sami musimy połamać kraty.
Próbowaliśmy po wielokroć: wchodziliśmy w sojusze z większymi państwami, licząc na to, że pokój da nam możliwość zmian. To nie było to.
Przyszedł więc szał modernizacyjny: sprowadzaliśmy ze wszystkich krajów najnowsze wynalazki: kanalizację miejską, omnibusy, komunikację parową, wszystko. Jesteśmy teraz na drugim miejscu za Pandorią, jeśli chodzi o poziom techniczny. Ale to też nie było to.
Przeszliśmy do wypraw badawaczych: jedyną ekspedycją, która odważyła się wejść do elfich lasów, była naszą. Trwog sfinansował ją osobiście. Do dziś – a minęło już ponad 200 lat! – wciąż nie znamy losów wyprawy. Co prawda powrócił jeden z jej uczestników, ale w tak strasznym stanie, że nie nadawał się do rozmowy.
To także nie było to.

Teraz tak sobie myślę, czy nam nie chodzi po prostu o to, by ktoś nas zauważył i docenił. Żeby ktoś nam powiedział: „Dobrze, że jesteście”.
Znasz pan legendę orków o upokorzeniu słońca? Cóż… poza naszą ojczyzną nie jest zbyt popularna; interesują się nią tylko znawcy. Pozwoli więc pan, że opowiem.

Dawno, dawno temu na ziemi panowały straszliwe upały. Ich przyczyną było słońce- w tamtych czasach większe i gorętsze. Jego siedzibą były Góry Praświniorskie. Stamtąd wyruszało na codzienną wędrówkę- a raczej na całopalenie świata.
Najbardziej od słońca cierpiał lud praświniorów- w tamtych czasach pokryci byli grubą szczeciną. We dnie kryli się po jaskiniach górskich, a nocą wychodzili na powierzchnię i tam radzili, jak osłabić słońce. Jedni proponowali, by czarownicy praświniorów rzucili klątwę na słońce. Inni, aby na stałe przenieść się w cień jaskiń. Jeszcze inni, by wywędrować na północ, gdzie słońce rzadko zagląda.
Znalazł się także wśród praświniorów ten, który powiedział:
– Cóż pomoże nam ucieczka do jaskiń lub na północ? Słońce pozostanie słońcem. Musimy je pokonać.
– Ale jak? – pytał wódz, czarownicy i inni praświniorowie.
– To proste. Mój ród uda się na szczyt gór, gdzie słońce udaje się na spoczynek, i zaatakuje.
Przyklasnęli temu pomysłowi wszyscy, bowiem ród, z którego wywodził się ów praświnior (nazywano go Adamce), stworzony był do walki i wielce był w niej biegły.
Zebrał więc Adamce swoich braci, synów i innych członków rodu (a nie brakło tam kobiet) i ruszyli w góry. Zabrali ze sobą tylko żywność i buloki [bulok- broń orków i praświniorów; składa się z trzonka i dwóch kul, osadzonych na przeciwległych końcach].
Długo, bardzo długo trwała ich wędrówka. Wielu braci i kuzynów Adamce znalazło śmierć na przełęczach i na dnie przepaści. Lecz Adamce, jego siostra Kaewca i większość rodu przetrwała i dotarła na szczyt.
Ujrzeli tam sporą równinę, popękaną od gorąca, bez śladu roślin czy zwierząt. Wokół siebie widzieli potężne ślady stóp, zostawione przez słońce. Lecz teraz nie było go tutaj, mogli więc usiąść i odpocząć.
Kiedy przyszła pora zachodu słońca, zauważyli zbliżającą się ze wschodu jasność. Było ją znakomicie widać. Był to nieduży człowieczek z potężnymi skrzydłami. Machał nimi jakby od niechcenia, ale Adamce i jego ród widzieli, ile wysiłku go to kosztuje.
Ostatecznie człowieczek wylądował; jego oddech był ciężki, a otaczająca go łuna poczęła zanikać. Adamce wysunął się ku przodowi i zapytał półgłosem:
– Tyś jest słońce?
Człowieczek, nie odwracając się, odpowiedział mu:
– Jestem zmęczonym człowiekiem; brakuje mi tchu, skrzydła osłabły, a światło zanikło. Nie jestem słońcem.
– A gdybym przyszedł tutaj za jakiś czas, gdy skończy się noc. Kogo wtedy zastaniemy?
Człowieczek wstał, spojrzał na praświniora i jego pobratymców, po czym powiedział:
– Ujrzycie wielkie słońce, moc gorąca, potęgę światła. Ujrzycie godnego was przeciwnika.
Adamce zadowolił się tą odpowiedzią: wraz z innymi praświniorami odszedł nieco dalej, by udać się na spoczynek.
Następnego dnia zaraz po przebudzeniu ujrzeli wielką łunę, tak iż musieli zmrużyć oczy. Usłyszeli też potężny głos:
– Pytałeś mnie wczoraj, czym jest słońce? Jam jest słońce! Ja jestem oślepienie, ja jestem upał, ja jestem żar, ja jestem godny was przeciwnik! Stawajcie, świńskie syny!

Stanęli. Nie mogli dobrze widzieć słońca, które wciąż przemieszczało się. Mimo to walczyli. Gdyby ktokolwiek mógł widzieć, co tam się działo, opowiedziałby o powietrzu gęstym od buloków, o praświniorach żywcem stających w płomieniach, ale także o gasnącym słońcu.
Stało się, że słońce zostało pokonane, a jego moc nigdy nie wróciła. To, co dziś paliło nasze grzbiety, to doprawdy nic w porównaniu z tym, co działo się przed walką rodu Adamce ze słońcem.
Straszliwa była to bitwa i okrutne straty. Zginęła Kaewca, polegli jej bracia, zmarły jej siostry, utraciła na zawsze swych kuzynów. Ocalała jedynie Deeca i jej mąż, Pyrce. Oni pozbierali wszystkie buloki (te, których nie spaliło słońce), po czym ruszyli w dół, ku swojej ojczyźnie.

Kiedy zeszli, ujrzeli grupę praświniorów, pilnie obserwujących niebo. Zbliżyli się do nich i wypowiedzieli słowa powitania. Zgromadzeni spojrzeli na nich i… uciekli, wrzeszcząc gromko:
– Kryć się! Słońce pokonane, lecz z jego resztek wylęgły się okrutne stwory, gorsze niżeli stworzyciel! Kryć się!
Deeca i Pyrce spojrzeli na siebie, po czym na uciekających. Zrozumieli. Ale przysięgli, że nie zapomną.

Odeszli. By po latach powrócić. A wtedy nazwano ich orkami, orekahoo, co w języku praświniorów oznacza odmieńca.

Smutna to opowieść, masz pan rację. Ale wiele o nas mówi. I, jak każda opowieść, oparta jest w jakiejś mierze na prawdzie. Może rzeczywiście coś w przeszłości łączyło nas z praświniorami? Sachacha twierdzi, że mieliśmy wspólnego przodka, opierając się na naszym wyglądzie. Może więc to opowieść z czasów, kiedy zdecydowaliśmy się opuścić braci-praświniorów; może oni coś nam zawdzięczali, a nie chcieli o tym pamiętać, kiedy zdecydowaliśmy się rozstać? I dlatego gdzieś w zakamarkach duszy orka kryje się wciąż pytanie: „A jeśli o n i mieli rację?”. Może dlatego tak nam duszno, dlatego rzucamy się jak ryba na brzegu, dlatego mamy kraty w duszy i na sztandarach…?

Tak, wiem, to wszystko m o ż e. A jak było naprawdę, nikt nie sprawdzi. Nie rozstrzygniemy sporu z czasów, kiedy nie umieliśmy mówić, myśleć i milczeć. To, co robimy teraz, to półśrodki… ale nie ma dla nas lekarstwa. Będziemy musieli się z tym pogodzić.

Kolejna opowieść wkrótce.

Podziel się tekstem
  • Print
  • del.icio.us
  • Facebook
  • Twitter
  • RSS
  • Wykop