Tekst pod takim właśnie tytułem znalazłem, szukając materiałów do pracy o dawniejszych i dzisiejszych formach korespondencji. Nie przyda mi się do tej pracy, ale sam w sobie jest interesujący. Ukazał się w numerze „The Spectator” z 15 lutego 1997 roku. Jego autorem jest Paul Johnson, a tłumaczenia dokonała Anna Kołyszko. Artykuł poświęcony jest pewnemu nastolatkowi z XVIII wieku, który z własnej woli zaczął uczyć się dobrych manier z XVI-wiecznego jezuickiego podręcznika…
Czy możesz sobie wyobrazić, że Twój syn-nastolatek przepisuje ręcznie, z własnej woli, 110 zasad dotyczących dobrych manier?
To właśnie zrobił za młodu prezydent George Washington, mniej więcej w połowie XVIII wieku.Chcąc poprawić własną kulturę osobistą, wybrał „Reguły grzeczności” zebrane w 1595 roku przez francuskich jezuitów. Washington najwyraźniej stosował je potem co do joty- zawsze bowiem przedstawia się go jako wzór dobrych manier i powagi prezydenckiej.
Czy dzisiaj mogłyby one znaleźć jakiekolwiek zastosowanie? Owszem. Mimo że wiele z tych rad odnosi się do bardziej nieokrzesanej epoki- jak chociażby uwagi na temat plucia czy zabijania wszy w miejscach publicznych- ludzie do dzisiaj robią sporo rzeczy zakazywanych przez Reguły grzeczności.
„Nie pryskaj na twarz rozmówcy śliną, podchodząc zbyt blisko w czasie konwersacji”. Nadal warto o tym pamiętać, podobnie jak o innym zaleceniu: „Nie podchodź, aby czytać księgi lubo pisma bliźniego, chyba że Cię do tego nakłoni. Nie udzielaj takoż rad nieproszony”.
Reguły głoszą również, że człowiek winien we wszystkich sytuacjach dostrzegać, co się należy innym i i im to dawać. Pozwól innym ludziom mówić przed sobą. Ustępuj miejsca. „Nie okazuj, żeś rad ze zgryzoty drugiego, nawet jeśli to Twój wróg.”
Książka przestrzega, aby „nie pouczać równych sobie” we własnej profesji, a jeśli już trzeba kogoś zbesztać, należy robić to „z całą delikatnością i łagodnością”.
Samemu należy „przyjmować wszelkie napomnienia z wdzięcznością”.
Najwyraźniej lansowano wówczas dość poważny wyraz twarzy. Nie wolno „przewracać oczami” ani „unosić jednej brwi wyżej ponad drugą”. „Nie wolno śmiać się nazbyt głośno ani nazbyt dużo”, a kiedy powie się dowcip, „należy się powstrzymać przed śmianiem się zeń samemu”. „Ukazuj światu radosne oblicze, atoli w sprawach poważnych- uroczyste”. „W obecności innych nie nuć sobie pod nosem, nie bębnij palcami rąk ani nie przytupuj”. Trafna uwaga.
Reguły zalecają skromność w ubiorze, krytykując przesadną uwagę przykładaną do wyglądu. „Nie naśladuj pawia”. Jeszcze lepsza rada głosi: „Nie jedz na ulicy”, a w czasie posiłków nie mów z pełną buzią. „I nie bierz do ust nazbyt dużych kęsów”.
Niektórych z tych reguł nie słyszałem od dzieciństwa, ale ci jezuici znali się na rzeczy, a Washington był na tyle roztropny, że wytropił dobry podręcznik i zastosował się do jego rad. Obecnie uważamy zwykle, że maniery i moralność to dwie różne rzeczy, ale w rzeczywistości ściśle się ze sobą wiążą- złe maniery i wysoka przestępczość to różne objawy tej samej choroby.
Warto się zastanowić nad ostatnią regułą, zawartą w podręczniku George’a Washingtona: „Nie ustawaj w wysiłkach, by utrzymać w piersi tę iskierkę ognia niebiańskiego zwaną sumieniem”.





