16 sie 2009, 10:39
Przeczytałem właśnie 451 stopni Fahrenheita Raya Bradbury’ego. Większość z Was zapewne zna (przynajmniej ze słyszenia) tę pesymistyczną wizję przyszłości, w której literatura jest zakazana, a strażacy podpalają domy, których mieszkańcy przechowywali książki.
Ważną częścią utworu jest wykład kapitana Beatty, zwierzchnika głównego bohatera, który odwiedza swojego podwładnego i opowiada mu o tym, jak społeczeństwo, w swym dążeniu do jak najszybszego zdobywania informacji, ostatecznie zniszczyło i je, i jej nośniki – książki. Słowa strażaka okazały się być zaskakująco aktualne. Wyróżniłem zdania, które uznałem za istotniejsze.
Ponieważ wszystko było masowe, stało się prostsze – mówił Beatty. – Niegdyś książki zwracały się do niewielu ludzi, rozproszonych tu i ówdzie. Mogły sobie pozwolić na odrębność. Świat był obszerny. Ale potem świat stał się pełen oczu, łokci i ust. Podwójny, potrójny, poczwórny wzrost zaludnienia. (…)
Wyobraź sobie, że wyświetlasz film. Człowiek dziewiętnastego stulecia ze swymi końmi, psami, powozami, powolnym tempem. Potem w dwudziestym stuleciu nastaw aparat na szybsze tempo. Książki się skraca. Streszczenia. Wybory. Sensacyjne dzienniki. Wszystko skondensowane w dowcipie, wszystko zmierza do błyskawicznego zakończenia. (…) Klasyków obcina się, by ich dopasować do piętnastominutowych audycji radiowych, następnie obcina dalej, by tekst zmieścił się na szpalcie, której przeczytanie zajmuje dwie minuty, a wreszcie wyciska się do dziesięcio- czy dwunastowierszowego streszczenia w słowniku. Przesadzam oczywiście. Słowniki były dla informacji. Ale istniało wielu ludzi, których jedyna wiedza o Hamlecie (…) ograniczała się do jednostronicowego streszczenia w książce: Teraz nareszcie możecie przeczytać wszystkich klasyków i utrzymać się na równym poziomie z waszymi sąsiadami. Rozumiesz? Z pokoju dziecinnego do uniwersytetu i z powrotem do pokoju dziecinnego, oto nasz intelektualny schemat (…)
Puść teraz nasz flm, Montag, jeszcze szybciej. Trzask prask, pif paf, buch, bach, szach mach, wyjdź, wejdź, czego, jak, gdzie, co, ech? Uch! Buch! Bij! Pierz! Bierz! Wiej! Lej! Bim, bam, bum! Streszczenia streszczeń, streszczenia streszczeń streszczeń. Polityka? Jedna szpalta, dwa zdania, tytuł! Nagle wszystko znika! Obracaj umysł człowieka tak szybko wśród wirujących rąk redaktorów, eksploatatorów, radiowców, że centryfuga odrzuca wszelką niepotrzebną, zajmującą czas myśl!
Czas nauki skrócono, programy zredukowano, zarzucono flozofę, historię i języki, angielski i ortografę stopniowo lekceważono coraz bardziej, aż wreszcie prawie kompletnie zignorowano. Wzrasta tempo życia, liczy się posada, po pracy rozrywka. Po co uczyć się czegokolwiek poza naciskaniem guzików, przekręcaniem kontaktów, dociskaniem śrubek i nakrętek?
Więcej rysunków w książkach. Więcej ilustracji. Umysł chłonie coraz mniej i mniej. Niecierpliwość. Autostrady pełne tłumów pędzących dokądś i nigdzie. Benzynowi uchodźcy. Miasta zamieniają się w hotele dla automobilistów, tłumy nomadów poruszają się z miejsca na miejsce wedle faz księżyca, nocując w pokoju, w którym ty byłeś dziś w południe, a ja wczoraj w nocy.
Weźmy teraz mniejszości w naszej cywilizacji. Im gęściejsze zaludnienie, tym więcej mniejszości. Uważaj, żebyś nie dotknął czymś sympatyków psów, sympatyków kotów, doktorów, adwokatów, kupców, dyrektorów, mormonów, baptystów, unitarystów, potomków Chińczyków, Szwedów, Włochów, Niemców, teksańczyków, brooklińczyków, Irlandczyków, mieszkańców Oregonu czy Meksyku. Ludzie w danej książce, sztuce czy programie telewizyjnym nie reprezentują jakichkolwiek rzeczywistych malarzy, kartografów, mechaników i tym podobnie. Im większy jest twój rynek, Montag, tym mniej możesz się zajmować sprawami dyskusyjnymi, pamiętaj o tym! Wszystkie te drobne mniejszości mniejszości, na które trzeba uważać. Autorzy pełni złych myśli, zatrzaśnijcie swe maszyny do pisania! Autorzy zrobili to. Czasopisma stały się przyjemną mieszanką waniliowej tapioki. Książki, jak mówili ci cholernie snobistyczni krytycy, były jak brudne mydliny. Nic dziwnego, że nikt nie chce kupować książek – mówili krytycy. Lecz publiczność, wiedząc, czego jej potrzeba, wybierając szczęśliwie, pozwoliła przeżyć tylko książkom z komiksami. I trójwymiarowym czasopismom pornografcznym, oczywiście. I to byłoby wszystko, Montag. To nie przyszło od rządu. Początkowo nie było żadnego nakazu, deklaracji, cenzury. Nie! Technologia, eksploatacja masowa i nacisk mniejszości załatwiły całą sprawę.
Gdy szkoły zaczęły wypuszczać coraz więcej biegaczy, skoczków, wyścigowców, żużlowców, kopaczy i chwytaczy, miotaczy i pływaków zamiast badaczy, krytyków, naukowców i twórców, słowo „intelektualista” stało się obelgą, na co zresztą zasługiwało. Człowiek zawsze boi się czegoś nieznanego. Z pewnością pamiętasz chłopca w twojej klasie, który był wyjątkowo „inteligentny”, recytował na wyrywki i umiał zawsze odpowiedzieć na pytania, podczas gdy inni siedzieli jak ołowiane bożki i nienawidzili go. I czy właśnie tego chłopca nie wybieraliście sobie do bicia i torturowania po lekcjach? Oczywiście, że tak było. Wszyscy musimy być podobni jeden do drugiego. Wszyscy nie rodzą się wolni i równi, jak Konstytucja powiada, lecz każdego trzeba uczynić równym. Każdy człowiek – wizerunkiem innego człowieka. Wtedy wszyscy są szczęśliwi, bo nie ma gór, by się przed nimi zginać ze strachem i porównywać się z nimi. Tak! Książka to naładowana broń w sąsiednim domu. Spal ją. Rozładuj broń. Rozbij mózg człowieka. Skąd wiadomo, kto mógłby się stać celem oczytanego faceta? Ja? Nie mam zamiaru znosić tego choćby przez minutę. (…)
Murzyni nie lubią książki Mały czarny Sambo? Spal ją. Białym ludziom nie podoba się Chata wuja Toma? Spal ją. Ktoś napisał książkę o tytoniu i raku płuc? Fabrykanci papierosów płaczą? Spal ją. Zadowolenie, Montag. Spokój, Montag. Wyrzuć swe troski za okno. (…)
Przede wszystkim spokój, Montag. Daj ludziom konkursy, które można wygrywać pamiętając słowa popularnych przebojów, nazwy stolic stanowych i ile kukurydzy wyhodowano w Iowie w ubiegłym roku. Napchaj ich niezapalnymi faktami, wbij w nich tak cholernie pełno suchych faktów, żeby czuli się nasyceni i niebywałe „zdolni” posiadając taką wiedzę. Wtedy będzie im się zdawało, że myślą, i będą mieli poczucie ruchu nie poruszając się. I będą szczęśliwi, ponieważ fakty tego rodzaju nigdy się nie zmieniają. Nie dawaj im żadnego śliskiego materiału w rodzaju flozofi czy socjologii, by wiązała te fakty. W ten sposób osiąga się tylko melancholię. Człowiek, który potraf rozłożyć na części ścianę telewizyjną i złożyć ją z powrotem, a większość ludzi w dzisiejszych czasach to potraf, jest szczęśliwszy od tego, który usiłuje obliczyć, zmierzyć i rozwiązać zagadkę wszechświata, bo tego nie da się obliczyć i rozwiązać, a człowiek czuje się potem tylko diabelnie przygnębiony i samotny.









17 sie 2009 o 10:18
Ta książka została napisana w 1953 roku. Zadziwiające, że autor tak dokładnie zrozumiał tą kwestię i tak ją odczytał. Najgorsze, że jego „przepowiednie” spełniają się na naszych oczach… „daj ludziom konkursy…”, „streszczenia streszczenia” Smutne … bardzo, ale może dlatego nas to smuci, że my czytamy książki…
19 sie 2009 o 12:58
cóż… so true. od dawna mam tego typu przemyślenia. świat naprawdę zapier**** i żeby nadążać skracamy sobie drogę, streszczamy itd. życie zmieniło się w karuzelę z migającymi obrazkami. nie ma miejsca na kosmiczne rozkminy – „po co jestem” , „jaki jest sens tego że jestem, skoro zaraz mnie nie będzie” itd. książkę wypożyczę na dniach i przeczytam, bo ostatnio nawet chodziła mi po głowie. miałem obejrzeć film, ale to by po prostu oznaczało pójście na łatwiznę
19 sie 2009 o 15:05
@fiszu: zasadniczo jestem najpierw za przeczytaniem książki, a potem obejrzeniem filmu (na podstawie lub motywach), ale np. takiego „Władcę Pierścieni” najpierw obejrzałem, a potem przeczytałem. Paradoksalnie łatwiej mi było pójść do kina niż do biblioteki :)
19 sie 2009 o 15:08
@fiszu: zazwyczaj najpierw czytam książkę, a potem oglądam film, ale np. „Władcę Pierścieni” najpierw zobaczyłem w kinie, a dopiero później przeczytałem. Paradoksalnie łatwiej mi było kupić bilet niż przejść się do biblioteki :)
19 sie 2009 o 16:01
Książka napisana w 1953 roku… Nadal aktualna, co jest przerażające, ale ważniejsze dla mnie słowa znalazły się na końcu… Nie zacytuję w tej chwili, bo musiałbym przekopać bibliteczkę i przetłumaczyć, ale treść była następująca:
żyjemy w nowym średniowieczu, w wiekach ciemnych (dark age). Ale po każdej epoce mroku w historii ludzkości przychodził okres opamiętania i oświecenia. Więc jest nadzieja.
Autor miał straszną fobie na punkcie palenia książek, tym bardziej uzasadnioną, że na jego oczach koszmar zaczął się spełniać… W Polityce kiedyś czytałem jego skrócony („streszczenie streszczenia” ???) życiorys i była tam wzmianka, że w czasie jednych z rozruchów studenckich lat 60tych, lewacko nastawiona młodzież razem z kilkoma profesorami spaliła na wielkim stosie całą masę „burżuazyjnej i reakcyjnej” literatury. Szekspir, Molier, praktycznie każdy klasyk. No i Ray Bradbury… Oczywiście wszystko w imię świetlanej, socjalistycznej przyszłości ludzkości… (Krótko mówiąc: nie typ lewicy, do którego czuję jakiś szczególny pociąg…)
Poznaje ktoś kapitana? Na szczęście teraz nikt nie pali książek w taki sposób, ale nie znaczy to, że zagrożenie minęło. Zamiast przekwalifikowywania strażaków mamy „M jak Mdłość”, „Marię z Przedmieścia, czy co tam moja babcia ogląda” i całą masę filmów o dzelnych Amerykanach ratujących Titanica przed zatonięciem z powodu uderzenia asteroidy… Znajdźcie jedną książkę, która w Polsce zrobiła medialną karierę (ok, Harry Potter jest tu wyjątkiem, a bajki też się liczą, ale to kropla w morzu)? Za to karierę robią „ekranizacje”: moj ulubiony przykład – „Ja, Robot” – niech ktoś obejrzy film, a potem przeczyta książkę Isaaca Asimova (zbiór opowiadań, które nijak nie nadają się na ekran, ale co tam… nie z takim rzeczami Swiętedrewno sobie radziło.) Proszę znaleźć 10 pkt wspólnych między filmem zbiorem… Dla ułatwienia podpowiem, że róznice nie ograniczają się do reklamy Converse Allstars na samym początku. (A dla otuchy: to jeszcze książka kiedy Asimov, pisarz bardzo nierówny pisał, a nie zadowalał potrzeby swoich fanów ciągnąc serie w nieskończoność).