Witold Gombrowicz, polski dramaturg i powieściopisarz, wypowiadał się na wiele tematów. Sporo miejsca w jego rozważaniach zajmowała sztuka. Przeczytajcie fragment Ferdydurke:
Przede wszystkim zerwijcie raz na zawsze z tym słowem: sztuka, a także z tym drugim: artysta. Przestańcie nurzać się w tych słowach, które powtarzacie z nieskończoną monotonią. Czyż nie jest tak, że każdy jest po trosze artystą? Nie jestże prawdą, że ludzkość tworzy sztukę nie tylko na papierze lub na płótnie, ale w każdym momencie życia codziennego – i gdy dziewczę wpina kwiat we włosy, gdy w rozmowie wypsnie się wam żarcik, gdy roztapiamy się w zmierzchowej gamie światłocienia, czymże to wszystko jest, jeśli nie praktykowaniem sztuki?
Po cóż więc ten podział dziwaczny i bzdurny na „artystów” i resztę ludzkości? I czyż nie byłoby zdrowiej, gdybyście, zamiast mienić się dumnie artystami, mówili po prostu: „Ja może nieco więcej niż inni zajmuję się sztuką”?
A dalej, na cóż wam ten cały kult dla sztuki, która zawiera się w tak zwanych „dziełach” – skąd wam się ubzdurzyło i przyśniło, że człowiek tak bardzo podziwia dzieła sztuki i że omdlewamy z niebiańskiej rozkoszy słuchając fugi Bacha? Czyż nigdy nie przyszło wam do głowy, jak dalece jest nieczysta, mętna, niedojrzała owa artystyczna dziedzina kultury – dziedzina, którą chcecie zamknąć w waszej frazeologii symplistycznej? Błąd, który nachalnie i nagminnie popełniacie, polega w pierwszym rzędzie na tym: że redukujecie obcowanie człowieka ze sztuką wyłącznie do emocji artystycznej, ujmując zarazem to obcowanie w jego aspekcie skrajnie indywidualistycznym, jakby każdy z nas przeżywał sztukę na własną rękę, nogę, w hermetycznym odosobnieniu od innych ludzi. Lecz w rzeczywistości mamy tu do czynienia z mieszanką, złożoną z wielu emocji tudzież z wielu ludzi, którzy, wzajemnie na siebie oddziaływując, wytwarzają zbiorowe przeżycie.
Tak więc, gdy na estradzie pianista bębni Szopena, mówicie, że czar Szopenowskiej muzyki w kongenialnej interpretacji genialnego pianisty oczarował słuchaczy. Lecz, być może, w rzeczywistości żaden ze słuchaczy nie został oczarowany. Nie jest wykluczone, że gdyby im nie było wiadome, że Szopen jest wielkim geniuszem, a pianista – również, z mniejszym wysłuchaliby żarem tej muzyki. Jest możliwe również, że jeśli każdy z nich, blady z entuzjazmu, bije brawo, krzyczy i się miota, należy przypisać to temu, iż inni także miotają się krzycząc; albowiem każdy z nich myśli, że inni doznają straszliwej rozkoszy, nadziemskiego wzruszenia, wobec czego i jego wzruszenie zaczyna rosnąć na cudzych drożdżach; i w ten sposób łatwo może się wydarzyć, że choć nikt na sali nie został bezpośrednio zachwycony, wszyscy przejawiają oznaki zachwytu – ponieważ każdy przystosowuje się do swych sąsiadów. I dopiero gdy wszyscy w kupie podniecą się między sobą należycie, dopiero wówczas, mówię, te oznaki wywołują w nich wzruszenie – musimy bowiem przystosowywać się do naszych oznak.
Lecz także jest pewne, że uczestnicząc w owym koncercie, wypełniamy coś w rodzaju aktu religijnego (zupełnie jakbyśmy asystowali Mszy świętej), pobożnie klęcząc przed Bóstwem artyzmu; w tym wypadku przeto nasz podziw byłby tylko aktem hołdu i wypełnieniem obrządku. Któż jednak mógłby powiedzieć, ile w tej Piękności jest prawdziwego piękna, a ile historyczno-socjologicznych procesów? Ba, ba, wiadomo, ludzkość potrzebuje mitów – ona wybiera sobie tego lub owego ze swoich licznych twórców (któż jednak zdołałby zbadać i wyświetlić drogi tego wyboru?) i oto wynosi go ponad innych, zaczyna uczyć się go na pamięć, w nim odkrywa swoje tajemnice, jemu podporządkowuje uczucie – ale gdybyśmy z tym samym uporem zabrali się do wywyższania innego artysty, on stałby się naszym Homerem.
Czy nie widzicie zatem, ile najróżnorodniejszych i często pozaestetycznych czynników (których wyliczenie mógłbym monotonnie przedłużać w nieskończoność) składa się na wielkość artysty i dzieła? I to mętne, skomplikowane i trudne współżycie nasze ze sztuką chcecie zawrzeć w naiwnym frazesie, że „poeta, natchniony, śpiewa, a słuchacz, zachwycony, słucha”?
Porzućcie zatem owo cackanie się ze sztuką, porzućcie – na Boga! – cały ten system wydymania jej, wyolbrzymiania; i zamiast upajać się legendą, pozwólcie, aby fakty was stwarzały. I już to jedno powinno by przysporzyć wam niezłej ulgi, otwierając was na Rzeczywistość – ale zarazem pozbądźcie się lęku, że to zuboży wam i skurczy ducha – albowiem Rzeczywistość jest zawsze bogatsza od naiwnych iluzji i kłamliwych fikcji.
Witold Gombrowicz, Ferdydurke, rozdział IV.






Pingback: Witold Gombrowicz człowiek w kosmosie | znaker