Jak dowiedziałem się z serwisu litrgy.com, jednym z czytań wchodzących w skład dzisiejszej liturgii słowa jest przypowieść o synu marnotrawnym – chyba najlepiej oddająca ideę miłosiernego Boga.
Ta parabola przypomniała mi także o pewnym filmie, który oglądałem, a który zapadł mi w pamięć z powodu niezwykłej interpretacji opowieści o miłosiernym ojcu. Mam tu na myśli Moją gwiazdeczkę z Shirley Temple w roli głównej.
W 1853 roku 19-letni wówczas Johannes Brahms wybrał się wraz z węgierskim skrzypkiem Eduardem Remenyi w to, co dziś zwiemy trasą koncertową. Wspólnie podróżowali po Niemczech, gdzie przyszły kompozytor miał okazję poznać ówczesnych muzycznych luminarzy (m.in. Franza Liszta). To właśnie wtedy Brahms zainteresował się węgierską muzyką ludową; odnajdujemy te motywy w wielu jego utworach – przede wszystkim w Tańcach węgierskich.
W czasie ostatniej sesji zimowej (zdałem wszystkie egzaminy, jakby ktoś pytał ;)) dostałem od znajomej zakładkę do książki, rozpowszechnianą przez Bibliotekę Uniwersytetu Warszawskiego. Z przodu jest na niej zdjęcie pewnego znanego mi zakątka tej biblioteki, a z tyłu – wiersz angielskojęzycznego autora. Przytoczę w oryginale:
Where any
nation starts
awake
Books are the
memory. And
it’s plain
Decay of
libraries is like
Alzheimer’s
in the nation’s
brain.
[Ted Hughes: Hear it again, 1997]
Chronologicznie jest to oczywiście koniec pierwszy, bo 451 stopni Fahrenheita to utwór z 1953, a Kroniki marsjańskie – z 1950. Ponieważ tu na blogu jestem u siebie, mam nadzieję, że wybaczycie mi te małe nagięcie czasoprzestrzeni ;)
W tej książce palenie książek nie jest głównym tematem: to tylko jeden z wielu epizodów alternatywnej rzeczywistości, w której rozwinięta cywilizacja Marsa, mimo wyrafinowanych prób oporu (polecam Kwiecień 2000. Trzecia Wyprawa), ulega najazdowi Ziemian. Motywacje nowych konkwistadorów są rozmaite, wśród przybyszów przeważają jednak ci, którzy chcieli uciec przed nieakceptowanym przez siebie ziemskim porządkiem. Jednym z nich jest pan Stendahl, miłośnik literatury, który buduje na Czerwonej Planecie replikę Domu Usherów… Podkreślenia i komentarze w nawiasach kwadratowych pochodzą ode mnie.
Batman, Superman i Wonder Woman to bohaterowie komiksów amerykańskich, powstali w latach 40. XX wieku i cieszący się najlepszym zdrowiem u końca wieku. Amerykanie, którzy nie odziedziczyli żadnej mitologii, stworzyli sobie własną i sprzedają ją z powodzeniem reszcie świata.
Batman pojawił się naprzód w 1939 jako Zakapturzony Krzyżowiec miasta Gotham; zwalcza wrogich kryminalistów naprzód w komiksach gazetowych, potem w TV i na filmach. W odróżnieniu od Supermana jest rodzajem emocjonalnego kaleki, postaci gotyckiej, skrywanej w cieniu udręczonej duszy płonącej żądzą zemsty za zamordowanych rodziców. Nie umie fruwać jak Superman i nie jest odporny na pociski, ale jego niesłychana zręczność w użyciu różnych gadżetów czyni go niezwyciężonym. Jednak jego wrogowie, jak The Joker, Pingwin, Lex Luthor, czy wspaniała Catwoman, pokonani w jednej serii, zmartwychwstają w kolejnych, a walka z nimi jest rodzajem udramatyzowanego rytuału.
Władysław Kopaliński, Słownik wydarzeń, pojęć i legend XX wieku, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2000, s. 32.
Z Bożym Narodzeniem najlepiej kojarzy nam się Opowieść wigilijna Dickensa. Z jakąż lubością po raz kolejny czytamy o tym, jak cztery duchy z okazji Wigilii przywróciły światu Ebenezera Scrooge’a. Z jakimż politowaniem kiwamy głową nad słowami starego skąpca (Wesołych świąt!… Do licha z wesołymi świętami! Znać ich nie chcę!). Od 20 listopada możemy także czynić to w kinie, oglądając adaptację opowiadania w reżyserii Roberta Zemeckisa. Ale nie o tym chciałem Wam opowiedzieć w ostatnią niedzielę adwentu.
W dzisiejszym odcinku po raz kolejny posłużę się kreskówką – tym razem będzie to nieco mniej popularny w naszym kraju Kacper i jego przyjaciele. Większość z Was kojarzy zapewne przyjaznego ducha tylko z filmu Kacper, ale to właśnie w serialu animowanym miał miejsce jego debiut.
Musiałem zatem wyrzec się wizji samego siebie, wychodzącego z podziemi BUW-u z torbą z Ikei, wypełnioną po brzegi książkami rozmaitej proweniencji i autoramentu. Pytanie zresztą, gdzie bym to wszystko pomieścił… Zamiast tego podszedłem do stołów, na których Pan Bukinista rozłożył swój towar.
Dziś moją rodzinną miejscowość odwiedził zespół Moja Rodzina – występowali w trakcie wszystkich czterech Mszy Świętych. Najbardziej spodobał mi się ich interpretacja Pawłowego Hymnu o Miłości.
Od 30 listopada do 23 grudnia wszyscy miłośnicy książek będą mieli okazję przygarnąć niechciane książki. Na poziomie -1 Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego zostanie zorganizowane Cmentarzysko Zapomnianych Książek. Każdy, kto kupi bilet, będzie mógł włożyć do otrzymanej przy wejściu torby tyle książek, ile udźwignie. Jeśli byliście kiedyś na Festiwalu Książek Przeczytanych, to wiecie, jak to wygląda :)
Ceny biletów:
30 zł (normalny)
25 zł (ulgowy – studencki, emerycki lub gdy przyniesiesz i zostawisz przynajmniej 10 książek)
50 zł (Krypta Nowości – czynna tylko w soboty)
5 zł (bilet dla Twojego znajomego, rodziny, przyjaciela – jeśli wybieracie do jednej torby)
Pozostałe informacje (godziny otwarcia, plany Cmentarzyska itp.) znajdziecie na stronie Przeczytanych Książek. Zachęcam także do dołączenia do wydarzenia na Facebooku – w momencie publikacji tego artykułu zrobiło to już 5487 osób.
Zdaję sobie sprawę, że filmik, jaki Wam dziś zaprezentuję, trochę nie pasuje do tego, co widzimy za oknem, ale podoba mi się tak bardzo, że postanowiłem nie czekać do grudnia :) W dzisiejszym odcinku: Snowbody loves me Chucka Jonesa i spora dawka Chopina.
Klimowski Adam Aleksander (ur. 12.09.1988) - absolwent III LO w Brodnicy, student prawa na Uniwersytecie Warszawskim, wordpressowiec i community manager Blipa. Kontakt →
Blog poświęcony jest moim zainteresowaniom, spośród których na plan pierwszy wybija się WordPress (szablony, pluginy i niestandardowe metody jego wykorzystania) oraz muzyka klasyczna w kulturze popularnej. Więcej →